baner
omnie     foto wydarzenia spiderstart
prasa wyprawy galeria kontakt (23kB)
fly Counter
 
facebook linkedin youtube
azja viking europe
forselected Pl

Kraj wysokich gór, dużych przestrzeni i… bałaganu. Nepal siedział w naszych głowach od dawna. Od chwili, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy na lekcji geografii o najwyższym szczycie świata Mt.Everest 8848mnpm. Musieliśmy tam dotrzeć!

Jacek przyleciał do Katmandu z Bangladeszu, a ja przyjechałem z Kalkuty jadąc 17godzin w pociągu i 7 w samochodzie terenowym tłukąc się przez wysokie góry. Jacek w tym czasie smakował lokalnych specjałów i poznawał nowych ludzi. Kluczowym dniem było, kiedy razem spotkali się w hotelu. 

ulice Katmandu
Katmandu, stolica Nepalu to również istny bałagan, co nas już nie dziwi w tej części świata. Thamel to ścisłe centrum miasta, jakby tylko dla ludzi białych z kasą. My biali jesteśmy owszem, ale z kasą niekoniecznie. Nawet jest tam sporo knajpek z europejską kuchnią i muzyką. Spotkasz tam sporo dzianych angoli, amerykańców i dojczlandów lub poldojczów. Cinkciarzy i żebraków też nie brakuje. Spróbuj tylko wyjść poza tą strefę. A jednak wyszliśmy i… O Matko Boska Częstochowska! Brud, syf, kiła i mogiła. Płynąca rzeka jakoś dziwnie pachnie i wygląda, a w niej zamiast ryb goszczą śmieci. Szczurów i wychudzonych zwierząt też nie brakuje. Ulice zakorkowane są starymi ciężarówkami, autobusami i taxówkami. A właśnie taxówki to autka spod znaku Suzuki Marutti. Wsiąść to wsiądziesz, ale bagaże na kolanach trzymasz i kolana przy zębach. Pewnego razu poszliśmy do restauracji coś przekąsić. Zamówiłem sobie obiad oczywiście wegetariański, a Jacek coś z trupem. On dostał swoje zamówienie już po paru minutach, a ja czekam i czekam. Zaczynam odliczać czas, daję im 10minut. Dalej go nie dostaję. 
Krew jaśnista, nagła mnie zalewa…;/ Mają jeszcze minute… już zostało pół, a tu nagle wszystko się trzęsie jak galareta. Budynek faluje i słychać jakiś ogromny grzmot. Trzęsienie ziemi! 

trzęsienie ziemi

Wybiegamy z budynku na główny plac, gdzie tłum ludzi panicznie obija się o siebie. Trzęsie jakieś kilka minut i przestaje. Na następny dzień oglądamy w wiadomościach, że zginęło kilku ludzi i wielu zostało rannych, a siła wstrząsu wynosiła 6.9 w skali Richtera. Później załatwialiśmy Jackowi wizę do Indii. Oczywiście z wielką łaską wydali ją. W Katmandu poznaliśmy właściciela biura turystycznego o imieniu Deepak. Od razu zaproponował nam swoją ofertę, że za parę stówek zorganizuje nam bezpieczną przeprawę przez góry. Dostaniemy przewodników i tragarzy. Przelecimy nawet najtrudniejszy odcinek samolotem prosto do Lukli. Serdecznie mu podziękowaliśmy i powiedzieliśmy, że sami to zrobimy.
On arogancko powiedział- Wy Polacy, Czesi i Rosjanie, w ogóle ze wschodniej Europy zawsze zgrywacie twardzieli, a później dzwonicie do mnie żebym zorganizował wam ewakuację, akcję ratowniczą, bo wysiadacie fizycznie po drodze i płaczecie…hehe
Odpowiedzieliśmy- My jesteśmy nieco inni. Przejdziemy to szybko i sprawnie. Bez pomocy z zewnątrz i w ogóle czyjejkolwiek. Udowodnimy Ci, że wrócimy wcześniej niż się nas spodziewasz.
On- Głupi jesteście! Zginiecie tam, a jeśli nie to zobaczymy się za miesiąc hehe!
Koniec tych bzdetów. Nie po to tu przyjechaliśmy! W specjalnym instytucie turystycznym kupiliśmy pozwolenia na trekking w Himalaje. Tam poznaliśmy także Polkę Kamilę i jej japońskiego kolegę Takashiego. Razem pojechaliśmy następnego dnia do miasteczka Jiri skąd udamy się w marsz przez góry. Kilku godzinna jazda starym niesprawnych autobusikiem to nie lada wyzwanie. Ostre zakręty, wysokie skarpy, dziury i ludzie z bagażami na kolanach. Jest strasznie ciasno i ciągle trzęsie. 
To prawdziwa katorga. Po drodze postój na posiłek. W jakieś wiosce podano nam obiad w pomieszczeniu, którego restauracją bym raczej nie nazwał. Ludzie jedzą rękami, wszędzie brud dookoła. Siorbią, bekają, pierdzą i że niby jest fajnie. 
Wszyscy wszystko wiedzą, wszyscy wszystko zjedzą. Taki ich urok. W końcu dojechaliśmy. 

Jiri
Jiri to mała osada zabita dechami gdzieś na końcu świata pośród wysokich gór. Wyruszyliśmy od razu. Kilka ostrych podejść, dość męczących, dużo błota, czasem wieje, ale i świeci słońce, piękne widoki, kilka chat, mijamy po drodze jakichś tubylców. Czasami zjeżdżaliśmy na tyłkach w poślizgach. Dostaliśmy po dupie muszę przyznać. Plecaki mamy z pewnością za ciężkie, około 20kg. Bolą nas nogi i barki. Spoceni jak świnie doszliśmy do pierwszej wioski. Pojawiło się kilka odcisków na dłoniach od trzymania kijków i na nogach. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że krótki odcinek na mapie to wijące się strome ścieżki przez góry, które chyba nigdy się nie kończą. Rozbijamy pierwszy obóz nad rwącą rzeką i kładziemy się spać.

Marcin Lazowski i Jacek Stec

Następnego dnia w pobliskiej wiosce meldujemy się w punkcie kontrolnym. Okazuje się, że naszemu japońskiemu koledze ukradli drogie okulary. Śmiechy i hihy od strony wiejskiej policji tylko usłyszeliśmy. Gromada wieśniaków się zleciała i oczywiście jeden mądrzejszy od drugiego. Jakieś głupie zaczepki i ich zachowania. No nic Japończyk będzie musiał poradzić sobie bez nich.
Idziemy przed siebie. Ten dzień jest wyjątkowo męczący, ciągle jakby pod górę. Momentami pada. No tak, przecież w Himalaje wychodzi się w Październiku, a my mamy Wrzesień, czyli jeszcze porę deszczów monsunowych. Jest cholernie ciężko. Wilgotność powietrza zwiększa naszą potliwość. Po prostu jesteśmy przepoceni i przemoczeni zarazem. Na wyższych pułapach jest chłodniej, idziemy w chmurach. Przez pomyłkę zboczyliśmy ze szlaku i zaczęliśmy się piąć pod stromą górę w kierunku fabryki sera. K…a! Jak ciężko. Zdychamy z wycieńczenia, przeklinając cały świat. Kiedy skapnęliśmy się o naszej popełnionej pomyłce nasza frustracja sięga zenitu. Normalnie szli byśmy prosto, a nie aż tak pod górę i nie tracilibyśmy kilometrów. 
Na niektórych odcinkach idziemy przez gęsty las ocierając się o liście, a na nich pijawki. Każdy z nas miał ich po kilka. 

pijawki

Były sporej wielkości i wyżerały takie dziury, że rana goiła się przez cały dzień. Po kilku godzinach doszliśmy do tej fabryki. Jakiej fabryki!? To zwykła chata stojąca samotnie w górach. Samotnie mieszkająca tam rodzina robi tu po prostu ser. Gospodarze udają, że nie znają angielskiego i częstują nas serem, a później mlekiem i herbatą. Fajnie jest, mają fajne słodkie brudne dzieci, z którymi sie bawimy. Ale hola hola! Gdzie kasa za ser i herbatę? Nagle rozwinęły się w panu domu zdolności językowe. Tyle za to, a tyle za to. Podał nam kosmiczną cenę. Drożej niż w Europie. Razem jakieś 100zł. Wyśmialiśmy go i daliśmy połowę mniej.  To już był szczyt wszystkiego. Nawet nie chciał się targować. Ubzdurał sobie facet kosmiczną cenę i weź mu zapłać, bo on tak chce.
Dalszy marsz to kolejne chwile katorgi. Błoto, stromo, ślisko, mokro, zimno. Po drodze mijamy dzieci, które proszą o cukierki i długopisy. Dajemy, co możemy, reszta dla nas.  Zbliża się noc. Jesteśmy kompletnie wycieńczeni. Znajdujemy kawałek płaskiej ziemi na zboczu góry. Kamila chce dalej iść, bo jest jeszcze widno. Ja chcę zostać sugerując, że za pół godziny będzie ciemno i będzie problem jak nic nie znajdziemy, a jeśli się zgubimy, będzie łatwo zrobić sobie krzywdę. Jednak zostaliśmy. Po chwili zjawił się jakiś tubylec i tak po prostu zażądał pieniędzy za to, że tu rozbiliśmy namioty i okłamał nas, że Kamila i Takashi już zapłacili, a rozbili się troszeczkę dalej. Wyśmiałem go w twarz. Poszedł sobie. Zaraz jego syn podszedł i stał przy nas przez cały wieczór, kiedy wciąż się przygotowywaliśmy do nocy. Wszystko dotykał, co nas bardzo denerwowało i próbowaliśmy go wygonić. Nic nie działało na niego. Stał i się gapił na nas i wszystko ruszał. W końcu poszedł.

biwak na szlaku Marcn Łazowski
Momentalnie zrobiło się absolutnie ciemno i lunął deszcz, który utrzymywał się całą noc. 
Mieliśmy szczęście, że jednak zostaliśmy tu.
Fuck! Namiot mi przecieka, a deszcz nie ustaje! Robi się naprawdę mokro i zimno. Wyskoczyłem z namiotu w samych gaciach na zewnątrz po pałatkę. W przeciągu dwóch minut zmokłem cały. Pałatkę zarzuciłem na namiot i już jest ciut lepiej. Nie kapie już w trzech miejscach, tylko w jednym. W środku nocy Jacek do mnie krzyczy, że ktoś jest w pobliskiej spalonej stodole, gdzie zostawiliśmy plecaki. Rozpinam namiot i świecę tam latarką. Już uciekli. Dalej pada. To będzie długa noc. 
Poranek przywitał nas rosą i chłodem. Zwinęliśmy obóz, a Jacek zauważa, że brakuje mu jednego kijka. I znowu pojawia się ten dzieciak. I znowu ten facet wychodzi z tekstem, że chce kasę. K…a! Dosyć tego! Chłopie twoje bachory ukradły nam w nocy kijek i lepiej nas nie wkur…j! Facet wpada w szał i nakazuje swoim dzieciom znaleźć kijek. Krzyczy na nich i szarpie nimi. Szukają, ale nie znajdują. Wyparował. My schodzimy z góry do pobliskiej osady w dolinie. Dostrzegamy rurkę wystającą z murka z której leci woda. Zaczynamy się w niej myć, aż po dłuższej chwili przybiega do nas ten starszy człowiek i oddaje nam kijek. Przeprasza za wszystko i mówi, że leżał pod sianem. No my go tam nie położyliśmy!  Dajcie mi parę groszy mówi. Masz na piwo. Poszedł z powrotem.  My idziemy dalej w kierunku wioski Jumbesi. Po drodze mijamy dzieci, które wędrują wiele kilometrów każdego dnia do swoich szkół przez dżunglę po kamieniach w sandałkach. Widać też tragaży, którzy niosą na plecach ciężkie towary.Ten dzień jest wyjątkowo trudny, trudniejszy niż poprzedni. Zaczyna łapać nas choroba wysokościowa. Ciągły ból głowy, niedotlenienie organizmu, zmęczenie i zawroty głowy powodują, że popełniamy błędy. To raz pada deszcz, to słońce praży, to wilgoć, to wiatr. Przed nami przewyższenia 2500m po błocie i ciągle pod górę. Najbardziej irytującymi momentami są chwile, kiedy widzimy szczyt góry, pod którą podchodzimy i kiedy już jesteśmy na miejscu okazuje się, że to nie szczyt tylko jakieś załamane zbocze i trzeba dalej przeć pod górę. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że takie coś zdarzało nam się za każdym razem, kiedy widzieliśmy ''szczyt''. Idziemy dalej, bo musimy. Nie ma odwrotu. Znajdujemy się gdzieś po środku trasy, więc idziemy tylko przed siebie. Są chwile, kiedy popełniamy z przemęczenia błędy. Zamiast stawiać nogi na kamienie stawiamy je na błoto i upadamy. Zamiast trzymać się strony zbocza to pochylamy się w stronę kilkuset metrowej skarpy. Mamy zawroty głowy. Serce z przemęczenia mnie strasznie boli, słyszę jak bije i czuję straszny ból rozchodzący się po klatce piersiowej. Czy jestem bliski zawałowi… nie wykluczone. Nogi odmawiają posłuszeństwa.
Idę jakbym był pijany. Każdy krok jest ciężki, jakby nogi ważyły ze 100kg. Jest okropnie, ale… idziemy dalej… wciąż pod górę. Nigdy wcześniej nie przeżyliśmy takiej katorgi. Tortury na własne życzenie. Mamy mokre buty i ciuchy. Czuje odciski na stopach, jest ich siedem. Paznokieć zalał się krwią i odpadł na dwóch palcach. Jacka buty się rozleciały. To jakiś koszmar. 
Pod wieczór przeszliśmy wzgórza i znaleźliśmy jakąś drewnianą chatę, gdzie mogliśmy się zatrzymać. Nocleg za parę złotych. Za jedzenie chcą tyle, co w dobrej europejskiej restauracji. Dziękujemy, ale zjemy raczej znowu makaron, który niesiemy na plecach. Kładziemy się do zawilgoconych łóżek. Jesteśmy na wysokości 3000m n.p.m. Jest zimno i wilgotno.

mały mieszkaniec fabryki sera

Nazajutrz wyruszyliśmy w kierunku  Nuntalah. Droga nie jest już taka ciężka jak wczoraj, ale na kilku odcinkach trzeba było się napocić. Ogólnie słonko świeci, nie pada, jest dobrze. Idziemy jednak cały dzień w większości przez dżunglę. Prawie nigdzie nie ma ludzi, wiosek. Szybko kończy się dzień, a my nadal nie mamy gdzie się rozbić, a wioska jest daleko. Przyśpieszamy marsz. Zaczyna padać, zarzucamy na siebie pałatki i idziemy dalej. Nie patrzymy już na nic. Jest woda to idziemy po niej, jest błoto też idziemy, głodni i zmęczeni. Kiedy zrobiło się już naprawdę ciemno zdobyliśmy wioskę Nuntalah. Zgubiliśmy gdzieś po drodze naszych znajomych i już ich nie odnaleźliśmy. Byli w wiosce, na pewno żyją. Wróciłem po nich i nie spotkałem ich. Dziwne. Schowaliśmy się w drewnianym schronisku i od razu po przekroczeniu progu chaty lunął monsunowy deszcz. Ściana wody utrzymywała się całą noc. Mogłoby być nie ciekawie, gdybyśmy spali teraz w namiotach. Mogłoby nas zmyć ze zbocza. Zjedliśmy coś ciepłego i wypiliśmy wiaderko wina. Jezu jak miło. Zaczęliśmy doceniać sprawy błache. Ciepło, suchość i talerz zupy to coś, przy czym człowiek w takim miejscu zapomina o wymarzonym samochodzie i pościgu za pieniądzem.

Po nieprzespanej nocy spowodowanej nieustającym bólem głowy i brakiem powietrza wstajemy niewyspani i idziemy dalej. Jesteśmy w drodze z Nuntalla do Sukre i idziemy przez przełęcz Kari La. Morderczy trekking. Ogromny wysiłek. Duża różnica poziomów. Dreptanie na dużej wysokości w ulewnym deszczu i mgle po błocie, kałużach, śliskich kamieniach i korzeniach po nierzadko wąskich, górskich ścieżkach, po których przemieszczają się także jaki i osły transportujące towar. Walka z samym sobą. Ze swoimi słabościami.  Jesteśmy na wysokości 3000 m n.p.m. Nie wykonaliśmy założonego planu, czyli pokonania trasy Nuntala - Surke. Jesteśmy niedaleko punktu naszego dzisiejszego przeznaczenia. Pokonała nas pogoda. W kilka minut po tym, jak schowaliśmy się w ''schronisku'' zaczęło lać jak z cebra i pada do tej pory. Zjedliśmy przy świeczce spalone jajka z makaronem. Zaczynamy się martwić o pieniądze, bo będą nam potrzebne na powrót. Chcemy wrócić z Lukli samolotem. 
Drugi raz nie chcemy tego powtarzać. Mamy zaledwie parę dolarów, a na bilet lotniczy potrzebujemy 2x120usd. Czy będzie tam bankomat? Z Nepalczykami napotykanymi po drodze ciężko się rozmawia. Każdy pokazuje inną drogę i czas dotarcia do celu. Kompletnie nie znają się na topografii. Na trasie spotkaliśmy dwóch Brytyjczyków, którzy schowali się pod skałą, bo strasznie padało. Chłopcy myśleli, że są twardzi i taki tam deszczyk nic im nie zrobi. Tym czasem monsun to ulewa, po której jesteś przemoczony po paru sekundach. My mamy pałatki. 

jedna z wiosek nepalskich
Dochodzimy w końcu do jakieś wioseczki. Zatrzymujemy się na noc w chacie. Prześpimy się na poddaszu w  pokoiku sklepanym z desek. Miła gospodyni zrobiła nam obiad za 400rupii nepalskich, makaron z jajkiem. Ohydne to było tym bardziej jak wsadzała w nie swoje brudne paluchy, żeby wytłumaczyć nam, co jest w środku. Przecież widzimy kobieto! 
Aha to smacznego.
Po kolacji żąda od nas 1300r. Co proszę? Pytam. Miało być 400! Ja chcę 1300 krzyczy. Ty możesz sobie chcieć, daj mi menu! Pokazuje jej, że cena jest 400, ale dalej nie kuma, bo ma chyba coś z deklem nie tak. No dobra dajcie 700 mówi. Co za kobieta! Masz tu 500! Co za ludzie!
Idziemy spać, bo już mnie nosi. Spanie heh, dużo powiedziane.
Przed nami nasz cel, połowa trasy do E.B.C., jakaś tam cywilizacja, trochę spokoju… Lukla. Miasteczko położone w sercu Himalajów, dokąd wszyscy przylatują samolotem w pół godziny. Przed nami cały dzień marszu jeszcze. Powtórka z rozrywki. Pod górę i z góry, po błocie, po wodzie, pada deszcz, słońce świeci, nerwy i radości. Jesteśmy!! W pięć dni pokonaliśmy odcinek Jiri-Lukla bez przewodników i tragaży, sami . Odcinek, który normalnie idzie się jakieś 9dni z tragarzami i przewodnikami nic nie niosąc na plecach. Przyznam, że jesteśmy z siebie dumni. Tego nam było trzeba. Hardcore, a po nim ulga.
W Lukli spędzamy dwa dni. Ciągle leje z nieba, ludzie są nieżyczliwi, bo za byle co chcą pieniądze. 

szerpowie
W sklepach ceny europejskie, my spłukani. Na ulicach widać dużo białych idących dumnie w grupach hardcorowców w czystych ciuchach. Dzielni i odważni. Przylecieli samolotem…  Nic do nich osobiście nie mamy, ale jak takie osoby wracają do kraju i mówią, że byli na wielkiej wyprawie to śmiech nas ogarnia. Starszych ludzi to rozumiemy i ich wygodny, lekki marsz. Młodzi jednak z tragażem z boku to takie trochę yyy... No niech sobie będą, ale po, co te gadanie o trudach wspinaczkowych? Może po prostu dla kogoś to był wyczyn i chwała mu za to, że dał radę. W końcu przestaje lać i Idziemu do Namche Bazar miasteczka wypadowego w góry wysokie. Szlak ogólnie dla kobiet w ciąży. Zaczęło nam się dopiero podobać w momencie, gdy zobaczyliśmy zerwany przez ulewne deszcze most i wyznaczone obejście wiodące skrajem urwiska dookoła zbocza. Niektóre jego etapy były dość niebezpieczne, gdyż prowadziły po osuwiskach, na których trzeba było wymijać się z lokalnymi tragarzami. To dało nam na chwilę zastrzyk mocnych emocji, od których jak widzę obydwaj jesteśmy uzależnieni. Po drodze kilka wiszących mostów z powiewającymi na silnym wietrze modlitewnymi chorągiewkami. W dole rwące górskie rzeki. Wyzwanie zaczyna się przed samym Namche Bazar. Żmudne 800 metrów do góry. Krok po kroku, powolnie wznosimy się na wysokość 3443 m n.p.m. W przewodnikach piszą, że odcinek Lukla - Namche to 2 dni marszu. Nam zajmuje to 6 godzin! Napotkani na szlaku turyści nie dowierzają nam, kiedy mówimy im, że pokonanie dystansu Jiri - Lukla zajęło nam 5 dni. Im 9. Z przewodnikiem! Cóż... z Polski chłopaki.  

W Namche komercja pełną mordą. Wszystko możesz kupić, czego potrzebujesz. Ciuchy, buty, jedzenie. Nawet jest Internet za jedyne 5usd/h. Dziękujemy jednak. Na szczęscie zdobyliśmy trochę gotówki ze sklepiku, który zajmował się przelewami bankowymi również. Już skończyły się czasy, kiedy podróżnik to był człowiek tajemniczy, przybysz z innego świata, któremu trzeba zapewnić dach nad głową i jedzenie. Teraz to jest człowiek, z którego trzeba wyrwać jak najwięcej kasy. Dużo białych, my pośród nich. Następnego dnia nie czekamy na cud i ruszamy przed siebie w kierunku Mt.Everestu. Mijamy grupy turystów. Idziemy szybko mijając po drodze grupki ludzi i drewniane wioski z hotelikami i restauracjami. Głodni, ale idziemy dalej. Nie zatrzymujemy się. Przed nami wyrasta najpiękniejsza góra na ziemi Ama Dablam. Ponad 6500 m n.p.m. Majestatyczna. Przepiękna. Lśniąca bielą na tle niebieskiego nieba. Pod koniec dnia znajdujemy miejsce na rozbicie obozu. 

obóz na przełeczy

Ubrani we wszystko, co mamy leżymy w namiotach. Jest mi strasznie zimno, telepię się. Ból głowy zwiększył się niczym, jakbym dostał tasakiem w czaszkę. Otulam się śpiworem, mam kurtkę na sobie czapkę i rękawiczki. Nadal marznę. Wyciągam folię ratowniczą i się nią okrywam. Dalej zimno. Nie wytrzymuję. Czekam do rana. W myślach myślę tylko… aby nie zamarznąć, aby przetrwać. Na zewnątrz -10, może mniej. Jacek z boku w namiocie krzyczy, że też zamarza i stara się znaleźć najcieplejszą pozycję skulony w kącie namiotu. Jesteśmy na otwartym wzniesieniu nieopodal Periche na wysokości 4 250 m n.p.m. Odczuwamy silnie skutki choroby wysokościowej. Różnica wysokości pomiędzy Namche Bazar a Periche : 2800 m n.p.m. do 4250m n.p.m. Everest Base Camp - jeszcze ponad kilometr do góry. Wilgoć potęguje uczucie zimna. Chmury przesuwają się w dolinach, opływają góry. Każde góry rządzą się własnymi prawami. 

Ama Dablam Marcin Łazowski

Każde góry mają swój własny klimat. Z rana ruszamy. Nie wyspani i zmarznięci kierujemy się do Gorak Shep. Kilka trudniejszych odcinków na dużych wysokościach są traumatyczne. Za szybko to wszystko przeszliśmy. Nie jesteśmy zaklimatyzowani. Teraz już widać tylko piękne pokryte szczyty Himalajów. Droga głównie kamieniska i nie jest jakoś specjalnie trudna. Wysokość tylko wykańcza w sensie brak tlenu. Dotarliśmy pod wieczór do Gorak Shep. To tylko kilka drewnianych domów z bazą noclegową. Wykupujemy pokój dwuosobowy za 2usd. Noc jest zimna, ale dali nam ciepłe grube kołdry. Rano wychylamy się spod kołder. Jest bardzo zimno. Wychodzę poszukać czegoś gdzie można się umyć. Nie ma nic, tylko beczka z zamarźniętą wodą. Rozbijam lód pięścią. Ał! Twardy, ale myję się w zimnej wodzie, która ścina moją twarz. Wyruszamy, przed nami Lhotse 8516m n.p.m. oraz Mt Everest 8848 m n.p.m. 

Na Kalapatar Marcin Łazowski

My wejdziemy na Kalapatar 5550m n.p.m. Wejście na nią nie jest jakimś wielkim wyczynem, ale męczy strasznie. Znowu brak tlenu i przez to straszne zmęczenie. Po paru godzinach jesteśmy na szczycie. Jest bardzo zimno, ale widoki rekompensują nam to. Widok na najwyższe góry świata, a pod nim długi jęzor lodowca Khumbu. Niebo jest niebieskie, słonko świeci coraz mocniej parząc naszą skórę. Otwieramy butelkę whiskey o nazwie Mt.Everest i pijemy je z widokiem właśnie na tę  górę. Trzeba schodzić. Są dwa warianty: ta sama droga, którą weszliśmy albo pionowa ściana pokryta głazami. Wariant drugi nam bardziej odpowiada. Schodzimy po dużych kamieniach, które nie raz się staczają. Trzeba uważać na wszystko. Chwila nieuwagi i można stracić życie lub zdrowie, a moje ubezpieczenie skończyło się w Chinach. Doszliśmy do rosyjsko-ukraińskiej bazy Pumori Base Camp. Szef ekspedycji zaprosił nas do głównego namiotu. Pogadaliśmy sobie trochę i popiliśmy whiskey. Miły gość, fajni ludzie. Idziemy na Mt.Everest Base Camp. Zakończyć naszą misję. Trochę na skróty po skałach i jesteśmy. Kilkanaście namiotów, agregaty prądotwórcze i kilku plączących się pod nogami ludzi. Niesamowite. Może nie jesteśmy na szczycie tej góry, ale być pod nią też robi wrażenie. Stoimy na lodowcu w miejscu skąd wychodzi się na najwyższą górę świata. Warte było to naszej męki.

Mt.Everest Base Camp

Wracamy do Gorak Shep. Jesteśmy głodni i zmęczeni. Wyszliśmy bez śniadania, a idziemy po pokrytym kamieniami lodowcu Khumbu, Nie jest łatwo, ale bywało gorzej. Na miejscu jakaś kolacja, jakaś herbata i do wyra. Wcześnie rano startujemy z obozu i wracamy do Namche. Pobijamy kolejne rekordy. Uwziąłem się i zechciałem przejść ten odcinek w jeden dzień. Jacek podszedł do tego trochę sceptycznie, ale też nie ma ochoty się zatrzymywać po drodze. Idziemy jak burza po wąskich ścieżkach, kamieniach, przełęczach. Przerwy tylko pięciominutowe. Plecaki są nadal ciężkie. Oddajemy nasze namioty i śpiwory lokalnym tragarzom. Teraz już mamy większą motywację do marszu, gdyż właśnie pozbyliśmy się naszych domów. Musimy dojść do Namche!

Lodowiec Khumbu Marcin Lazowski

Po dziewięciu godzinach morderczego marszobiegu doszliśmy. Zaznaczę, że normalnie idzie się
3-4dni. Ludzie są znowu pod wrażeniem, niedowierzają. Tak my jesteśmy z Polski, lubimy hardcore, jesteśmy Adventure-Hunters! Na miejscu padliśmy jak kafki w jakimś zapleśniałym hoteliku. Leczymy rany. Ja mam siedem odcisków na stopach i zeszły mi trzy paznokcie. Spalona skóra na dłoniach i siniaki na barkach. Jacek podobnie, ale do tego jeszcze wali w brzuch kolejny zastrzyk na rozrzedzenie krwi. Tak, podczas naszej wielogodzinnej jazdy przez Europę zakrzepła mu krew w nogach w dwóch miejscach. Ja natomiast odczuwam ból nerek, efekt moich przygotowań do wyjazdu do Afryki. W Namche poznajemy parę przesympatycznych Polaków Błażeja i Kasię. Atmosfera robi się wręcz świąteczna. Pijemy herbatę, rozmawiamy i jemy kolację. Prawie jak w domu. 

Następnego dnia wracamy do Lukli i z niej lecimy z powrotem do stolicy. W miasteczku tym znajduje się najniebezpieczniejsze lotnisko na świecie. Pas startowy ma tylko 350m, jest pochyły, na końcu pasa jest wysoka przepaść, a dalej ogromna góra. Rozbiło się tam kilka samolotów z pasażerami z Europy. Mamy nadzieję, ze nam się uda. Wsiadamy w mały samolocik i startujemy. Silniki na pełną moc, a ta skrzydlata puszka cała się trzęsie. Pilot trzyma go na hamulcach. Puszcza i rusza… wciska nas w fotele, a do krawędzi coraz bliżej. Silniki wyją i odrywamy się na czas, omijamy górę i lecimy… 

Lotnisko Lukla

Reasumując trekking był naprawdę ciężki, ale tylko na własne życzenie. Mogliśmy go zrobić przecież jak wszyscy. Chodzi tylko o to, że my nie jesteśmy jak wszyscy i zawsze wszystko staramy robić się inaczej. Może wydawać się to lekkomyślne, ale jeśli nie będziemy starali się pokonywać własnych barier fizyczno-psychicznych nigdy nie dowiemy się dokąd sięgają nasze granice wytrzymałości. Jest to dla nas ważne, gdyż planujemy podejmować się w przyszłości podróżowania wyczynowego. Jeśli komuś wydaje się, że jesteśmy samobujcami to niech sobie, tak myśli, bo prawdę mówiąc nie zamierzamy umierać w domach w pampersach. Lubimy wysiłek do granic wytrzymałości i pokonywać własne słabości. Ten marsz pokazał nam, że można tego dokonać.

W Katmandu znowu odwiedziliśmy naszego kolegę Deepaka. Gość, który oddał nas w ręce losu bardzo się zdziwił, kiedy zapukaliśmy w jego drzwi przed czasem. To proste Deepak… na Polaka nie ma cwaniaka. Zaprosił nas na wycieczkę w jego rodzinne strony. Wynajęliśmy samochód terenowy i wyjechaliśmy. Po kilku godzinach byliśmy na miejscu. Droga była ciężka do przejechania, górska, kręta, przez zacofane wioski. Deepak stwierdził wprost, że bez niego żywi byśmy tu nie byli. Wszyscy go tam znają i szanują. Mamy plecy heh. Ugościł nas w domu swoich rodziców. Dali nam do spania lepiankę i spaliśmy na deskach. Pojechaliśmy tam, bo odbywało się święto dziecka, które skończyło właśnie pięć miesięcy i po raz pierwszy zje normalne jedzenie, ryż. Zjechała się cała rodzina i zaczęło się. Najstarsi przyklejają na czoło zabarwiony na czerwono ryż, który ma przynieść im szczęście i zbiera od ludzi pieniądze. Z Deepakiem idziemy do kolejnych chat jego rodziny powtarzać ten rytuał. Idziemy przez wioski i dżunglę. Ludzie żyją bardzo prymitywnie. Mieszkają w lepiankach i uprawiają ziemię. Żyją zgodnie z natura i są samowystarczalni, raczej szczęśliwi. Nie ma dróg, wszędzie trzeba iść piechotą. Ludzie jednak jacyś dziwni. Co rusz ktoś mnie zaczepia i chce pieniądze. A co ja jestem bankomat wydajacy darmową kasą? Odpowiadam i odchodzę. Obeszliśmy całą okolicę. Odwiedziliśmy wszystkich jego bliskich. Ochrzcili mnie nawet swoim bratem i nadali ich nazwisko. Niby jest fajnie, ale wiem, że jak bym znalazł się tam sam to by mnie ze skóry obdarli, dla paru groszy. Jacek w tym czasie został w domu Deepaka z męczącą go biegunką wywołaną ich jedzeniem. Na śniadanie ryż, na obiad ryż i na kolację ryż. Na szczęście jestem wegetarianinem, a Jackowi wciskali jakoś dziwnie wyglądające mięso, co było powodem jego złego samopoczucia.

Marcin Lazowski

Teraz kilka słów o kolejnym nepalskim zwyczaju - trwającym miesiąc festiwalu zwanym VijayaDashami. Gdy po naszym trekkingu w Himalajach wróciliśmy do Kathmandu, naszą uwagę od razu przykuły przywiązane do chodnikowych barierek kozy, obok nich poplamione krwią chodniki, tasaki, tłumy ustawionych w kolejkę ludzi. Przechodzimy obok kolejnej obdartej ze skory kozy z obciętą głową i wybebeszonymi wnętrznościami. Do dziś słyszę przeraźliwy wrzask wiezionej na motorze kozy, która zdaje się widziała, jaki los spotkał jej koleżanki, a teraz naszła jej kolej. Na chodnikach porozstawiane miski z ryżem, ziemniakami, brązową zupą z nasion. Zajadają z nich psy. Dopiero zapytany o drogę do Thamel przechodzeń uzmysławia nam, co się tutaj dzieje. Dziwni ludzie, dziwne słowa, dziwny kraj, dziwne zwyczaje, a może to my jesteśmy dziwni. Uważam, że wszystko jest super, kiedy pokornie się płaci za wszystko i nie wchodzi w szczegóły. Kiedy ktoś chce być trochę samodzielniejszy zaraz staje się wrogiem publicznym.  Dosyć tego, wracamy do Indii skąd polecimy do Europy. Nie wiem, któremu bogu mam dziękować, że żyję na tym kontynencie, że urodziłem się Polakiem, że nie mieszkam w szałasie, że mam dostęp do edukacji i wszelkich dóbr.
Rosja

Mongolia

Chiny

Wietnam

Kambodża

Tajlandia

Indie

Nepal