baner
omnie     foto wydarzenia spiderstart
prasa wyprawy galeria kontakt (23kB)
fly Counter
 
facebook linkedin youtube
azja viking europe
forselected Pl
Po dwóch tygodniach spędzonych w Kambodży ruszyliśmy dalej… do Tajlandii. Piętnaście godzin w autokarze jakoś zleciało bez większych ekscesów.  Dotarliśmy w końcu do Bangkoku, stolicy Tajlandii. Kto by przypuszczał, że od czasu zakończenia II Wojny Światowej liczba populacji tego miasta wzrosła dziesięciokrotnie? A jednak tak jest. To jest moloch! Według Światowej Organizacji Meteorologicznej Bangkok jest najgorętszym miastem świata. Faktycznie upał trwa tutaj ciągle. Nazwa miasta niekoniecznie brzmi Bangkok, bo w pełnym tłumaczeniu oznacza ona: Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu. Miasto rzeczywiście jest ogromne z wielkimi budowlami, trochę przypomina Pekin. Żebraków i biedaków śpiących pod folią też nie brakuje, ale ogólnie ludzie żyją godnie i na poziomie europejskim.
ulice Bangkoku

W końcu działa tutaj na szeroką skalę przemysł metalurgiczny, elektroniczny, maszynowy, włókienniczy, drzewny, chemiczny, czy spożywczy. Jak myślisz skąd masz portki na tyłku, a twoje auto części w silniku? Mimo tych plusów ma ono wiele problemów. Zanieczyszczone powietrze przez niezliczoną liczbę aut, prostytucja, narkotyki, czy drobna przestępczość nie idzie w parze z buddyjskim duchem Tajlandii. Zwykłych ludzi nie dziwi widok turystów, a oni sami imają się różnych zajęć od drobnego handlu ulicznego po prace biurowe w miedzynarodowych korporacjach. Sami turyści zdziwieni natomiast są ich dietą.
tajskie przysmaki
Na ulicy możesz kupić sobie pieczone larwy na wagę wsypane w torebkę jak frytki. Po paru dniach w stolicy zaczęliśmy się nudzić, więc pakujemy się i jedziemy do Changmai ‘’Nowe Miasto’’na północy kraju.
Siedemnaście godzin spędzonych w pociągu to istny koszmar. Doskwierający upał i miliony komarów, które wleciały do niego podczas nocnego postoju na wyżerkę. Musieliśmy założyć na głowy moskitiery i jakoś to przeboleć. Po tragicznej nocy wreszcie dotarliśmy. Miasteczko średniej wielkości i nie ma w nim nic specjalnego poza dziesiątkami świątyń buddyjskich i nocnym życiem. Po dwudniowych obchodach miasta nic nas nie urzekło. Nerwy mieliśmy w strzępach, kiedy staraliśmy się w ambasadzie Indii uzyskać wizy do tego kraju. Nadęta Pani odrzuciła nas na wstępie, bo Jacek miał paszport tymczasowy już nieważny, ale z wciąż aktualną wizą tajlandzką w nim, czego nie chcieli uwzględnić. Do mnie przyczepili się o to, że celnik na granicy zamiast dać mi kartę wyjazdową wydał wjazdową. Tak był zajęty obserwacją Europejek, że się biedak pomylił za, co musiałbym słono zapłacić. Ostatecznie zagraliśmy z nimi, tak jak oni z nami. Ja skłamałem, że byłem w urzędzie imigracyjnym i tam mi powiedziano, że na tej karcie mogę opuścić Tajlandię. Napisałem nawet to na kartce na potwierdzenie swych słów. Jacek natomiast zbojkotował ich biurokrację i wizę Indyjską wyrobi sobie w Nepalu, gdzie poleci samolotem przez Bangladesz. Spakowaliśmy się i pojechaliśmy do Pai, hipisiarskiej wioski. Niesprawnym technicznie autobusem pędziliśmy na złamanie karku przez góry porośnięte dżunglą po krętych drogach naprzeciw nieobliczalnym kierowcom.  Kilka razy doszłoby do zderzenia czołowego, ale nikt się tym jakoś nie przejął. Po paru godzinach jesteśmy wreszcie na miejscu. Tu pobrzmiewa reggae, tam czuć paloną trawę, tu jacyś biali rastamani, a tam handlarze byle czym, także narkotykami.
knajpa w Pai
W regionie Pai znajduje się Złoty Trójkąt, gdzie przez wiele lat byli chińscy żołnierze uprawiają kokę i opium. W 2003 roku armia wraz z policją najechały ten region, aresztowało i zabiło kilkaset osób, tylko za podejrzenia o handel narkotykami. W 2008 roku pijany policjant zabił turystę z Kanady, a jego dziewczynę ranił. W ogóle ten rejon ma długą i mroczną historię, w którą zamieszane jest CIA i rząd tajski. Najpierw sami handlowali dragami, które nabywali od tych Chińczyków, a gdy kooperatorzy odwrócili się od rządu i CIA, ten wprowadził zakaz zażywania i sprzedawania narkotyków, co utrzymywane jest do dziś. To było kiedyś. My teraz wynajmujemy skutery i jazda… Kilka godzin na siodle wzbudziło w nas sens podróżowania w tym kraju. Pola ryżowe, góry, dżungla, kanion, wspaniałe widoki rozcierające się po horyzont to jest to po, co tu przybyliśmy. Pewnego razu oddaliśmy się znacznie od miasteczka i zwiedzaliśmy tereny mniej dostępne.
lokalsi
Dojechaliśmy nad piękny wodospad, gdzie prało swoje ubrania kilka lokalnych kobiet oraz kąpało się w nim. Następnie jazda nad gorące źródła. Godzinę jechaliśmy przez dżunglę po zabłoconej drodze. Raz nawet zakopałem się w błocie i długo walczyłem, by wygrzebać się z tego. Na szczęście motorek był lekki i jakoś się z niego wypaplałem kosztem ubrań i butów pokrytych mazią. Same źródła gorące nie były, ale ciepłe napewno. Zaskoczyła nas czystość wody, wręcz krystaliczna. Spowodowane to jest obecnością siarki w wodzie, która zabiła wszystkie rośliny i zwierzątka w niej kiedyś żyjące. Pai to zdecydowanie miasteczko dla luzaków lubiących trawę i reggae, ale trzeba z tym bardzo uważać...

Kilka dni na skuterach w Pai popijając lokalnego jabola dała nam trochę swobody myśli i działań. Musimy jednak wracać. 
Powrót do Changmai wyglądał, tak samo jak jazda do niego. Ale… stała się rzecz straszna. Zapomniałem wziąć z autobusu swój aparat fotograficzny. Dotarło to dopiero do mnie przed hotelem. Szybko pojechałem na dworzec autobusowy, gdzie wcześniej przyjechaliśmy. Tam mówią… Jedź Panie na garaże! Taxówka Tuk-Tuk i po kilkunastu minutach otrzymuje informację od pracownika, że sprzęt się znalazł i tak to odebrałem swój skarb pełen cennych dla nas zdjęć.

Wyszliśmy na miasto chcąc poznać je bardziej. Zwiedzaliśmy pewną świątynie, kiedy to podeszła do nas grupka mnichów. Rozmawiamy o ich ideałach i misji niesienia pomocy ludziom. Okazuje się, że od biednych to oni datki biorą, a sami nie pracują, mieszkają w świetnych warunkach i jeżdżą wieloosobowymi autami terenowymi. Zaleciało nam hipokryzją. Przy dalszej rozmowie jeden z nich wyciąga nowego iPoda, a inny aparat cyfowy, a następny prosi nas o naszą stronę internetową, bo mają laptopy i chętnie zobaczy nas w internecie. Po dłuższej wymianie zdań i poglądów chłopaki dali sobie już spokój. Przekonaliśmy ich  nawet, że jak chcą zmieniać świat to niech nauczą się chwytać za broń i jej używać jak to robią z nimi azjatyckie rządy.  

Wracamy do stolicy. Powrót do Bangkoku to 15-sto godzinna tułaczka autokarem z kanapeczką i napojem gratis.
W stolicy odbieramy Jacka paszport w ambasadzie polskiej. Na miejscu gromadka młodych Tajów stara się o bilecik do w ich mniemaniu nieba zwanym Polską. Bilecikiem tym ma być wiza studencka. Niestety kilka osób wyszło z płaczem.
Tego samego dnia zdążyliśmy jeszcze zobaczyć świątynię, w której mieści się Złoty Budda.
jedna z wielu świątyń buddyjskich Zrobiony ze złota, znajduje się na terenie świątyni Wat Trimit. Ma wysokość 3 m, waży ponad 5 ton. Podczas najazdu birmańskiego w XVIII w. w celu zabezpieczenia go przed zrabowaniem został pokryty warstwą gipsu i przewieziony do Bangkoku. Pozostawał w zapomnieniu przez 200 lat, złoty posąg odkryto przypadkowo w XX w. podczas prac renowacyjnych. Nasze zwiedzanie dobiega końca.
Zbliża się wieczór. Pijemy tanie whisky, czasem wino, aby tylko zabić nudny czas w oczekiwaniu na samolot do Indii dla mnie, Bangladeszu dla Jacka i Polski dla Agaty. To już jest nasz koniec, naszej wspólnej przygody. Agata wraca do Polski, my spróbujemy dostać się do Nepalu. Ja przez Indie,
Jacek przez Bangladesz. Tam dopiero będzie się działo… Chcemy odbyć trekking w Himalajach z Jiri do Mt.Everest Base Camp.

Rosja

Mongolia

Chiny

Wietnam

Kambodża

Tajlandia

Indie

Nepal