baner
omnie     foto wydarzenia spiderstart
prasa wyprawy galeria kontakt (23kB)
fly Counter
 
facebook linkedin youtube
azja viking europe
picsfield forselected


Wszystko zaczęło się, kiedy miałem jedenaście lat. Kolega namówił mnie abyśmy uciekli z ostatnich lekcji w szkole i poszli do jego domu po motor. Zrobiliśmy to i moim oczom ukazał się polski Komar pomalowany pędzlem na moro, bez hamulców i startera. Wytaszczyliśmy go z piwnicy i zaczęliśmy jeździć. Odpalaliśmy go na po pych i hamowaliśmy nogami. Pierwsze wrażenie z jazdy? Niesamowita moc i prędkość tej maszyny zachwyciła mnie (śmiech). Jadąc na niej bez kasku i świateł złapałem kilka much w zęby i muszek w oczy. Wtedy zdałem sobie sprawę, ze chce związać swoja przyszłość z motorami. Z biegiem czasu dosiadam kolejne maszyny typu Jawa, WSK, MZ. Każdego dnia grzebałem w nich, bo ciągle cos sie psuło i dobrze, bo praktyka w mechanice motocyklowej bardzo przydała sie w przyszłości. W wieku piętnastu lat postanowiłem, że samotnie przemierzę Europe. Mija kilka lat, pracuję w Irlandii w Dublinie i biorę cały urlop w pracy, aby wreszcie tego dokonać. Lecę do Polski i od razu zmierzam do Opola po namierzona w internecie maszynę Kawasaki KLE 500. Na miejscu spotykam w świetnym stanie piękna maszynę, wsiadam i jadę do Szczecina. Po kilku godzinach bezawaryjnej jazdy stwierdzam, ze motor nadaje sie na ta podróż. W swoim rodzinnym mieście Policach przystępuję do ostatnich przygotowań. Kupuje najpotrzebniejsze rzeczy, prowiant na podróż, wyposażenie kempingowe, odpowiednie narzędzia i akcesoria do ewentualnych napraw po drodze, montuję gniazdo zapalniczki samochodowej do podpięcia nawigacji satelitarnej i na koniec przegląd pojazdu i w drogę.
09.Lipca 7.00 rano wyruszyłem Z Polic do Szczecina. Jadę w kierunku Warszawy przez Bydgoszcz i Toruń zwiedzając po drodze te miasta. Wszystko idzie gładko tylko dają sie we znaki silne wiatry, lekki chłód i dziury na drogach. W Warszawie jestem przed 20sta. Z góry założyłem, że aby wyrobić sie z czasem będę jechał cały dzień, a odpoczywał tylko nocą, wiec po godzinie opuszczam stolice i jadę w kierunku Krakowa. Zbliża się noc, a na mapie nie widzę żadnych miejsc na nocleg typu kemping z jakimś jeziorem. Byłem juz bardzo zmęczony całodniową jazdą a noc zbliżała sie szybko, a wraz z nią spadek temperatury. Nie mając wyjścia zajeżdżam na stację przed Radomiem i tam rozbijam namiot. Okazuje się, że nocowanie przy stacjach paliw to dobra opcja, gdyż są one wyposażone we wszystko, co potrzeba, toalety, żywność, a nawet w prysznice. Rano lekko zaspany pakuje się, ruszam i padam.
Okazało się, że nie zdjąłem zapięcia z tylnej tarczy hamulcowej. Zapięcie uszkodziło mi hamulec, po czym musiałem go składać do kupy i odpowietrzyć. Niestety nie działał już prawidłowo. Mimo tego pojechałem na Kraków przez Kielce i docieram do celu po około trzech godzinach. Pierwsze wrażenie ze spotkania w chyba najbardziej uczęszczanym Polskim mieście przez zagranicznych turystów? Najpierw rzucają mi się w oczy niedbałe czarne od sadzy kamienice, ogromne korki i ogólny ruch i hałas. O tym wszystkim zapominam, kiedy dostaje się na Wawel i starówkę. Przepiękne miejsce, gdzie czas się zatrzymał we wszystkich epokach. Może to i dziwne, ale znałem to z opowiadań swoich irlandzkich kolegów, którzy jezdzili tam na urlopy, więc i ja musiałem tam pojechać. Po dwugodzinnym zwiedzaniu kieruje się na przejście graniczne w Cieszynie.    
Brak tylnego hamulca bardzo utrudnia mi jazdę, wiec postanawiam szukać serwisu Kawasaki. W końcu znajduje. Zmieniłem klocki hamulcowe, odpowietrzyłem hamulec i już było lepiej. Jadąc przez Wadowice zastał mnie silny chłodny deszcz, ale chcę być twardy i jadę dalej. Po kilku poślizgach i dostrzeżeniu, ze hamulec znowu się zapowietrzył zajeżdżam na jakiś górski kemping, gdzie uprzejmie placę za miejsce na polu namiotowym. W łazienkach zimna woda, właściciele jacyś nie mili i ogólnie lipa. Zrezygnowałem z tego typu przystanków. Następnego dnia opuszczam wreszcie Polskę i udaje się w obce i nieznane miejsca. Nie wiedziałem nawet, kiedy, a już byłem w Czechach. Od razu rzuciły mi się w oczy stojące przy domach stare dobre Skody. Nawigacja prowadzi mnie po górskich drogach, gdzie napotykam przepiękny samotnie stojący kościółek. Zatrzymuje się, aby go sfotografować. Chcę się podeprzeć prawą nogą o ziemię przy asfalcie i nagle topi sie ona w trawie, a ja wraz z motorem wpadamy w gęsto porośnięty trawą rów, który zlał się z równym terenem. Leżę pod dużym kątem do góry nogami, a motor na mnie. Staram się spod niego wydostać, ale nie mogę, bo przygniótł mi nogę. Wszystko jest ok do momentu, kiedy zaczęło z baku wylewać się ciurkiem paliwo wprost na mnie. Zrobiło mi się gorąco i przypływ adrenaliny dodał mi sił na jego lekkie podniesienie i wyślizgnięcie się spod niego. Prawą rękę i cały tors miałem mokre w benzynie. Staram się go podnieść na koła, ale nie mogę, ponieważ leży pod dużym kątem w bardzo wąskim i głębokim rowie. Zatrzymuje przejeżdżające dość rzadko auta, ale każdy ma mnie w czterech literach. Z czasem ja ich też i dalej się męczę żeby go postawić na koła. Udaje mi się, ale pozostaje wytaszczenie go z tej dziury. Nie daję rady. Po chwili jakiś starszy Pan się lituje i zatrzymał się, aby mi pomóc. Udaje się i jadę dalej. Kieruje się do Bratysławy.

Słowacja jest pięknym krajem z dosyć dobrymi drogami i małymi, czystymi miasteczkami. W Bratysławie napotykam ogromne osiedla, takie jak w Polsce zbudowane z płyt. Duże uprzemysłowione miasto z kilkoma ciekawymi szklanymi budynkami. Opuszczam Słowację i jadę do Austrii do Wiednia. Wspaniały kraj. Widać, że dbają o ekologie, Świetne szerokie autostrady, a koło nich setki wiatraków prądotwórczych. Wiedeń wita mnie piękną pogodą i spora ilością turystów. Wspaniałe dobrze utrzymane zabytki, ulice czyste i w ogóle wszystko było tam bez skazy. Dopiero tu motor mi pozwolił się naprawić i udało mi się dobrze odpowietrzyć hamulec. Stamtąd kieruję się na południe. Zbliża się noc, więc zatrzymuję się przed Graz na zajezdni przy autostradzie. Jest to kolejne dobre miejsce na biwak, ponieważ jest tam woda i toalety. Nazajutrz jadę do Słowenii i jej stolicy Liubljany. Kraj ten pozytywnie zadziwił mnie najbardziej. Wjeżdżając do niego widzi się przepiękne góry i ciągnącą się w ich kierunku bardzo dobrą autostradę. Mijam góry, wąwozy i wyjeżdżam na pola, na których widać w oddali stolicę. Z daleka sprawiała ona wrażenie trochę za niedbałego miasta, w którym wciąż siedzi ,,komuna,, a kraj boryka się z powojennymi problemami. Byłem w błędzie.
Miasto śliczne. Wjeżdżam i napotykam wspaniałe nowoczesne budynki, markowe sklepy, a stara część miasta jest w całości odrestaurowana przypominająca trochę Wenecję pomieszaną z Wiedniem. Sporo turystów głównie z Włoch i Austrii. Mnóstwo restauracji i targ ze starociami, gdzie można było nabyć dość niedrogo antyki. Tego samego dnia ruszam do Wenecji. Jestem ciekaw, jak wygląda rozsławione podtopione miasto, które znałem tylko z telewizji. Podróż w tym kierunku odbywa się dość spokojnie. Widzę znaki drogowe kierujące do Wenecji. Podniecenie rośnie z każdym kilometrem. Wreszcie widzę zabudowania i znak ,,welcome to Venezzia,,. Puszczam kierownicę, podnoszę ręce do góry i krzyczę mam Cię! Najpierw minąłem miasto na stałym lądzie, a potem długim mostem pojechałem na zalany półwysep. W oddali widać duży port z przycumowanymi luksusowymi statkami. Za mostem korki z przeciskającymi się skuterami, samochodami i autokarami z turystami. Dalej już koniec drogi, tylko rondo z małym parkingiem dla aut i motorów, troszeczkę dalej duża zajezdnia autobusów. Zostawiam motor gdzieś na boku tego wszystkiego i idę zwiedzać.
Zaprosili mnie do siebie na kolację, spaghetti, którą zjedliśmy w miłej atmosferze w ich pojeździe, gdzie gaworzyło ich trzy miesięczne dziecko. Znacie młodszego podróżnika? Następnego dnia skierowałem się do Mediolanu. W pewnym momencie zabrakło mi paliwa, więc zajechałem na stację paliw. Pełen optymizmu tankuję za 10 euro, płacę kartą, a kasjer zdziwiony oznajmia, że nie mam pieniędzy na koncie. Pytam jak to? On sprawdza to kilkakrotnie i nic. Fuck! Przeklinam sam do siebie po angielsku, żeby nie zubożać polszczyzny. Facet wymyśla żebym dal tyle ile mam. Wyciągam z kieszeni cały swój majątek 6 euro i 1zl 50gr w miedziakach. Bierze to ode mnie, macha ręką w geście obojętności i mówi jedz człowieku. Dziękuję i odjeżdżam. Jak to się stało myślę po drodze? Obliczyłem w myślach wszystkie wydatki przed podróżą i w jej trakcie. Rzeczywiście zgadza się wszystko. Okazało się, że byłem zbyt rozrzutny i ,,popłynąłem,,. Co teraz? Paliwa miałem na jakieś 100-200 kilometrów, czyli Mediolan jeszcze odwiedzę. Miasto, w którym panuje największy nieład jakikolwiek widziałem, straszne korki, hałas, pełno ludzi i obijających się o siebie skuterów. Duże stare budynki z zasłoniętymi żaluzjami oknami, latające wokół śmieci i upał nie do zniesienia. Zostawiam motor i zataczam pieszo duże koło wokół centrum szukając czegoś, na czym można zawiesić oko i pstryknąć fotkę. Niestety nic takiego nie znalazłem, poza trzema podejrzanymi facetami z Jamajki.
Niebyli zbyt rozmowni do momentu, kiedy wyjąłem fajki. To, co po jednym? Chętnie! Palimy i gadamy, fotka na pamiątkę i spadam dalej przed siebie. Zajeżdżam nad jezioro w pobliżu miasteczka Arona, gdzie spędzam trzy dni bez kasy. Na szczęście miałem ze sobą jakieś puszki z żarciem i zupki chińskie. Bez wody się nie obejdzie, więc pytam się sympatycznej staruszki stojącej za płotem swojej posesji, czy naleje mi trochę w butelkę. Nie rozumiała nic po angielsku, więc zawołała swoją córkę, która ,,spikała,, dość dobrze. Opowiedziałem jej o swojej wyprawie i zachwycona moją historią przynosi mi cztery butelki zimnej wody z kranu, która była przepyszna i wcisnęła mi do rąk zimną, tłustą olbrzymią pizze margaritę, która była w takiej sytuacji również przepyszna. Sympatyczna Pani przychodziła mnie odwiedzać ze swoja córką i rozmawialiśmy o Polsce i panującym kryzysie światowym.  Przez trzy dni czekałem na przelew pieniędzy za urlop i w końcu się doczekałem. Bóg zesłał mi nawet serwis Kawasaki, który był kilometr od mojego obozowiska, gdzie kupiłem manetkę za 39euro!!! Gotowy do jazdy kieruję się do Szwajcarii rozpoczynając przeprawę przez Alpy.
Droga prowadzi prosto przez wiele kilometrów, samochody czasami też przejadą, a miasteczka po drodze niczym wymarłe, pozabijane dechami i ani żywej duszy w nich. Motor na powietrze niestety nie pojedzie i zaczyna się domagać o swoje. Załączam rezerwę paliwa i w nawigacji satelitarnej ustawiam, aby znalazła mi najbliższą stacje paliw i kierowała mnie najkrótszą drogą. Prowadzi mnie przez lasy i pola po piaszczystej drodze. Po kilkunastu minutach widzę w oddali słup z logiem jakieś stacji, ucieszony mówię do mojej maszyny... ,,tym razem znów nie udało ci się mnie załatwić,, zajeżdżam na miejsce, a tam wszystko rozkopane, a po stacji zostały tylko ogromne zardzewiale, wyjęte na powierzchnie zbiorniki po paliwie. Ręce mi opadły, spojrzałem na motor i rzekłem ,,udało Ci sie! Fuck!,, Nie poddaję się i szukam dalej... Po kilku kilometrach widzę kolejną stację w oddali, ucieszony podjeżdżam i już nic się nie odżywam, aby nie zapeszyć, a tam... dwa stojące koło siebie dystrybutory pewnie pamiętające jeszcze de Gola i oczywiście nieczynne, a z boku budynek stacji z zabitymi płytami oknami. Zacząłem się naprawdę niepokoić, ale szukam dalej. Motor wygląda jakby się ze mnie śmiał. Jadę na oparach i znajduję kolejną stację, a koło niej warsztat samochodowy, myślę sobie uratowany! Podjeżdżam i niedowierzam, stacja tez niedziałająca. Łza mi sie w oku zakręciła i pytam się pracownika warsztatu, czy ma trochę paliwa? On kieruje mnie pod jakiś supermarket, gdzie paliwo tankuje się samemu i płaci na miejscu kartą. Stacja jest, ale nie podaje paliwa, bo nie czyta mojej karty bankomatowej. Siadam i czekam na nie wiem, co? Ktoś podjeżdża tankuje i zgadza sie mi też zatankować, a ja mu oddaję pieniądze w gotówce. Jadę dalej. Po długiej jeździe widzę wreszcie Paryż z biegnącej do niego szerokiej autostrady, mijam przedmieścia, z dala widać wystającą wierzę Eiffla pomiędzy wieżowcami, zmierzam ku niej. Z każdym kilometrem coraz więcej aut na drodze, aż dojeżdżam do centrum. Droga wręcz nieprzejezdna dla samochodów, panuje walka o skrawek wolnego asfaltu, słychać tylko warkot silników i klaksony, sprytnie mijające to wszystko motocykle, a ja razem z nimi. Panuje straszny chaos, jest bardzo duszno, a wierzy nie widzę, bo zasłaniają ją duże kamienice blisko stojące koło siebie. Co raz bardziej przekonuję się, że ten wspaniały Paryż jednak nie jest dla mnie, za dużo ludzi, turystów, korków, śmieci na ulicach i może tylko w Niedzielę rano człowiek by odpoczął w tym mieście, jak wszyscy w domach siedzą. Odnajduję najsłynniejszą europejska budowlę i muszę przyznać, że robi wrażenie. Niesamowity postęp w architekturze, jak na tamte czasy. W całości z elementów stalowych połączonych nitami, tworzy niezwykła symetrie i dokładność wykonania.
Spacer wokół wierzy i centrum i w drogę tym razem do Bruxelli złożyć niespodziewana wizytę rodzince.
Za trzy godziny powinienem dotrzeć, ale zbliża sie godzina 21, a z Zachodu nadciągają czarne chmury o niezwyklej rozpiętości. Poddaję się i rozbijam się za stacją paliw kilka kilometrów od Paryża. Po godzinie nadciągnęła burza z silnym wiatrem i mocnym deszczem do tego stopnia, ze zrywało mi namiot i co kilkanaście minut musiałem z niego wychodzić, żeby go z powrotem ustawić i wbijać śledzie. Z rana pojechałem do Bruxelli i byłem na miejscu po trzech godzinach. Autostrady w Belgii są darmowe, więc szybko pokonałem odcinek od granicy do centrum miasta. Po przybyciu spotkałem się z rodziną. Wujek zaopiekował się mną właściwie, motor do garażu, a my do pubu. Trzy dni picia wszystkiego i wszędzie.
Ostatniego dnia o 6.00 rano miałem prom z Dunkierki do angielskiego Dover. Musiałem wstać o trzeciej i od razu ruszać, ale kawkę trzeba było wypić przed drogą tłumacząc sobie, że zdążę. Tego ranka było bardzo chłodno i niesamowicie mocno padał deszcz. Czułem, jak na łukach na autostradzie moje koła tracą przyczepność do tego podmuchy powietrza spowodowane przejeżdżającymi tirami znosiły mnie z lini jazdy. Musiałem znacznie zwolnić. Cud, że się nie przewróciłem. Na porcie byłem o 6.05 i pomachałem mojemu odpływającemu promowi. Następny był o 8smej, a o dziesiątej przybiliśmy do portu w Dover. Miałem 4,5 godzinny na dotarcie do portu w Pembroke w zachodniej części Walii. Przyznam, że po UK jeździ się najszybciej. Autostrady są darmowe i docierają w każdy zakątek kraju. Żeby zdążyć na prom pędziłem prawie cały czas 160km/h, co przełożyło się na zużycie paliwa w wysokości 10L/km! Żeby przedostać się na drugą stronę ujścia kanału Mouth of the Severn przy miejscowości Caldicot trzeba przejechać przez ogromny i długi most przypominający Golden Bridge. W życiu nie spotkałem się z tak silnym wiatrem, jak na tym moście. Aby utrzymać równowagę przy bocznym i często zmieniającym kierunek wiatrem musiałem jechać przechylony na bok do wiatru. W końcu schowałem się za jadące obok tiry i już nie wiało. Nie zdążyłem na prom! Następny mam o 2.30 nad ranem, czyli za 12 godzin. Rozkładam karimatę na chodniku i idę spać. Budzą mnie po chwili czyjeś rozmowy po polsku. Patrzę, a obok mnie stoi kilku kierowców tirów wraz ze swoimi pojazdami. Zobaczyli, że mam polską rejestrację i zagadali do mnie, a potem zrobili kawę i się rozeszli do ciągników. Doczekałem się wreszcie promu. Płynęliśmy trzy godziny, wszyscy wycieńczeni swoimi podróżami porozkładali się w restauracyjnych lożach, a ja razem z nimi. Dopłynęliśmy do irlandzkiego portu w Rosslare i znów zastała mnie burza. Z kilkoma komplikacjami dotarłem do Dublina. Dziwne, ale wielu znajomych z domu i sąsiadów nie wierzyło, że wrócę, a w pracy chcieli dzwonić po szpitalach. Dzięki za wiarę we mnie!;)
       Wyprawę uważam za udaną mimo wielu nie dogodzeń, ale, tak naprawdę na to liczyłem i to mnie kręci, sprawdzanie samego siebie, siły własnej psychiki i ciała w różnych niespodziewanych sytuacjach. Była ona treningiem przed kolejną o wiele dłuższą wyprawą, gdzieś na inne kontynenty. Posmakowałem tego i wyciągnąłem wnioski. Co mogę doradzić wybierającym się w taką podróż motocyklistą? Najważniejsze, aby być samodzielnym i wytrwałym zawsze i wszędzie. Mieć pieniądze, bo z nimi można prawie wszystko. Wiedza o geografii i mechanice pojazdowej, bo znaleźć się nie wiedząc gdzie z zepsutym motorem równa się z szeregiem problemów i płaczem, jak u małego dziecka. Mieć przy sobie komplet wszystkich pasujących do każdej części narzędzi i kilka części, które najłatwiej ulegają zniszczeniu przy przewrotce lub się najszybciej zużywają. Pamiętajmy też o języku obcym najlepiej angielskim, bo wszyscy znają nawet podstawy i kilka najpotrzebniejszych słów z kraju, do którego wjeżdżamy, bo często starsi ludzie tylko w nim mówią.