baner
omnie     foto wydarzenia spiderstart
prasa wyprawy galeria kontakt (23kB)
fly Counter
 
facebook linkedin youtube
azja viking europe
picsfield forselected
Irlandia-Polska 2010

Dnia 31.7.2010roku wyruszyłem w kolejną motocyklową podróż w Europę. Tym razem obrałem kierunek z Irlandii do Polski, z Dublina do Szczecina/Polic. Postanowiłem, że pojadę na południe Zielonej Wyspy do Rosslare skąd promem popłynę do Francji do Cherbourg. Jazda przez Irlandię była dosyćć przyjemna, choć niebo było pochmurne z przelotnymi opadami deszczu.  Dojechanie do portu zajęło mi 2,5godziny przeciskając się między samochodami stojącymi w kilometrowych korkach.  Na porcie paszport, bilet, parking i pokład…  płyniemy. We Francji będę za jakieś… 17ście godzić, tylko.  
Na szczęście na promie znajduje się restauracja oraz pub. Dla umilenia czasu walnąłem kilka piwek, no może za dużo, aczkolwiek płynący punk-rock przez moje słuchawki doprowadził mnie do stanu nieważkości i czas jakoś szybko zleciał. Nazajutrz około godz.12 przybijamy do brzegu. Skoro już tu jestem pozwiedzam trochę portowe miasto Cherbourg. Najpierw muszę znaleźć stację paliw, bo w baku jest już echo.W niedzielę w takich miasteczkach stacje paliw obsługuje się samemu płacąc kartą. Oczywiście mojej nie akceptuje z niewiadomych powodów. Proszę pewną osobę o drobną przysługę, aby zatankowała mi paliwo i zapłaciła swoją kartą, a ja oddam w gotówce. Zatankowała za 15euro ja miałem tylko 20, nie ma jak wydać, więc piątaka jestem w plecy;) Z Cherbourg udałem się na wschód w kierunku Rouen, ale najpierw zahaczyłem o Caen. Po drodze na niektórych odcinkach było dosyć ciasno ze względu na poruszające się ulicami pojazdy rolne. Jeden z nich to był ogromny traktor, który kompletnie spowolnił ruch na wąskiej wiejskiej drodze ciągnąc za sobą sznurek aut. Oczywiste było, że ich wyprzedzę wciskając się na pobocze, na którym były betonowe słupki, które zacząłem z dość dużą prędkością pokonywać slalomem zbliżając się coraz bardziej do początku tego sznura z traktorem na czele. Nagle moim oczom na końcu pobocza ukazała się ścianka z owych słupków. Pędziłem do niej bardzo szybko jadąc po żwirze, mając na uwadze jadące z boku auta i traktor, do którego się właśnie zbliżyłem, a ścianka była już ode mnie może pięć metrów.  Wychwyciłem w ostatniej chwili lukę miedzy nią, a traktorem, w którą postanowiłem się wcisnąć… Gaz na maxa i naprzód, czuję jak tył motoru traci przyczepność na żwirze mieląc go, a kątem oka widzę tylko ogromne koło, które ma ochotę mnie zmiażdżyć. Trwający dwie sekundy manewr udał się, choć serce miałem w gardle, a po kolejnych sekundach byłem już daleko zostawiając to w tyle.  Pamiętacie z historii desant w Normadii?

ferry ferry

marcin lazowskii  plaza

No dobra wielu z was spotkało się z nim tylko w grze Call of Duty. Lądowanie w Normandii było wstępną fazą operacji Overlord, największą w historii operacją desantową podczas II Wojny Światowej i w historii wojen, majaca n acelu otwarcie drugiego frontu w zachodniej Europie. Operacja rozpoczęła się 6.czerwca 1944roku pod dowództwem gen.Eisenhowera. Miała ona stanowić początek końca III Rzeszy. W trakcie operacji 3mln żołnierzy zostało przetransportowanych z wybrzeży Anglii do Normandii. Trzon tych sił stanowiły wojska amerykańskie i brytyjskie. Jechałem wzdłuż wybrzeża, więc zajechałem i tam, na Utah Beach. Plaża rozciąga się na długość 5km pomiędzy Poupeville a La Madaleine. Mijam budynki znane mi wcześniej z historycznych filmów dokumentalnych i starych fotografii. Wywierają na mnie niezwykłe wrażenie i małe miasteczko, w którym poczułem się, jak cofnięty w czasie. Na plaży wciąż widać ślady tamtej bitwy, a w pobliskim muzeum można zobaczyć oryginalne czołgi, amfibie i uzbrojenie obu stron konfliktu. Co tu dużo pisać? Jadę dalej, czas ucieka. Przejeżdżam przez Rouen miasto, jak każde inne, trochę zabytków, trochę nowoczesnej architektury. Dalej jadę do Amiens, miasta położonego nad rzeką Sommą. Podczas I Wojny Światowej  toczyły się tam zaciekłe walki między wojskami Alianckimi a Niemieckimi. Sieć francuskich autostrad przeraża mnie i wyprowadza z równowagi psychicznej. Bardzo łatwo jest źle zjechać z niej i już pojawia się problem z wróceniem na nią. Miałem taką sytuację właśnie przed Amiens. Zjechałem i już nie mogłem powrócić. Zatrzymałem dwóch francuzów na dużych skuterach i poprosiłem o wskazanie mi drogi. Nic nie rozumieli po angielsku, więc machnął tylko jeden z nich ręką w geście ,,za mną"! Jechaliśmy razem wiele kilometrów przez jakieś piękne miasteczka pośród skał, łąk i wszech obecnych starych budowli. Chłopaki gnali bardzo szybko, aż za szybko momentami. Okazało się, że ich skutery mają silniki 500 i 250. Nie zostałem w tyle chcąc pokazać im, że Polak też potrafi. Pędziliśmy na złamanie karku wyprzedzając auta i wchodząc na ,,leżąco" w zakręty. Wkońcu zatrzymaliśmy się i machnął ręką, żebym jechał dalej, a wrócę na autostradę. Obskoczyłem Amiens i pognałem na Arras, mała mieścina z bogata historią i mająca nawet ulice nazwaną imieniem naszego rodaka Lecha Wałęsy... Rue Lech Walesa. Na pewnej remontowanej drodze zgubiłem się jednak, gdyż była ona nie przejezdna. Zjechałem na pobocze do stojącej ciężarówki, aby zapytać o drogę. Patrzę na rejestrację i nie dowierzam, pojazd okazał się być z Gdańska. Kierowca zapewne śpi smacznie, gdyż pozasłaniane ma okna. Obudzę go, nie ma spania. Facet okazał się spoko starszym gościem. Pogadaliśmy o pierdołach, wskazał mi kierunek i życzył szerokiej drogi. Wybiła już 20sta, a muszę dojechać do Bruxeli. Ojej późno trochę i jakoś szaro się zrobiło i chłodno. Koniec ze zwiedzaniem i postojami, jadę tylko przed siebie. Zaliczam po kolei Lens, Lille i po prostej do Bruxeli.
Dojechałem w końcu o godz.23.00

barka  beach

plaza utah

Dzwonię do wujka, który po chwili wychodzi po mnie z bloku i zaprasza do siebie. Witam się z rodzinką, poznaję wreszcie najmłodszego członka naszej rodziny moją kuzynkę Naomi, która ma niespełna rok. Fajnie jest, choć późno trochę... wyciągam wujka na miasto. Kupujemy zapas piwa na całą noc, pijemy kilka godzin, aż nadszedł czas na spanie. Następnego dnia muszę już ruszać w drogę. Po drodze zahaczam o duży hipermarket, gdzie kupuję gniazdo zapalniczki samochodowej, którą montuję na patencie do mojego motoru, abym mógł podłączyć nawigację satelitarną. Teraz już błądzić nie będę;) Zmierzam w kierunku Hamburga do Niemiec. Droga stała się dość męcząca ze względu na jej monotonie. Zatrzymywałem się tylko na stacjach paliw, padał lekki deszcz, a powietrze było chłodne. Późnym wieczorem docieram na miejsce do mojego kumpla Pawła z Polic, który osiedlił się tam na dobre. Jest on jeszcze w robocie, ale przyjmuje mnie jego żona. Miło zobaczyc Anię, której dawno nie widziałem oraz poznałem wreszcie ich roczne dziecko Wiktorię. Po kilkudziesięciu minutach przyjeżdża z pracy kompletnie zmęczony, ale to nie powstrzymuje nas abyśmy polatali motorami po Hamburgu właśnie teraz. Moja kondycja też pozostawia wiele do życzenia, mimo to idziemy po jego motocykl. Wytaszczył z garażu swojego Intrudera 800 i jedziemy zwiedzać. Jeździmy po terenie portu, który jest niezwykle duży, wręcz ogromny, ciągnący się kilometrami. Mijamy przemysłowe budynki, droga pusta, ścigamy się, zaraz most, tunel, tory kolejowe, rzeka i lądujemy w centrum. Pada lekki deszczyk, który po chwili przeistacza się w kompletną ulewę taką, że widoczność moja ograniczona jest tylko do widoku świecącej na czerwono lampki jadącego przede mną motoru Pawła, za którą po prostu jadę.Totalnie przemoczeni jedziemy tak całkiem szybko, aż tu po chwili lampka się zaświeciła mocniej… o fuck! Czyżby stop?! Wciskam hamulec i wpadam w poślizg sunąc wprost na niego. Słychać tylko pisk opon i czuję się, jak na saniach jadących bokiem po stoku. Hamulec-sprzęgło-gaz-sprzęgło-hamulec i udaje mi się postawić motor do pionu i złapać przyczepność. Odbiłem z toru poślizgu na koleżkę, lecz lecę na słup. Ten sam manewr i w końcu zatrzymuję się przed przeciwległą drogą. Komentarz Pawła był krótki… Widziałem tylko w lusterku, jak na mnie lecisz z piskiem opon… Jakie to romantyczne. Koniec z Hamburgiem. Jutro jadę do Polski przez całe Niemcy. Wyruszam po południu i jadę trasą przez ,,niemieckie mazury" Shwerin-Gustrów-Malchin-Neubrandergurg-Pasewalk-Szczecin. Mijam pola, lasy i jeziora, ładne okolice w przedwojennym klimacie. Żeby nie było sielanki nadszedł deszcz. To jakiś koszmar… znowu deszcz! Po chwili ulewa! Klnę, jak szewc na cały Świat tak, że zabrakło mi słów ze zbioru słownika przekleństw. Przemoczony i zmarznięty jednak jadę, bo muszę. Do domu mam jakieś 200 kilometrów, a ja już jestem niezdolny do funkcjonowania. Myślę, żeby zjechać może do jakiegoś hotelu i poczekać do jutra. Mhm… O! Drogowskaz Szczecin 120km. Damy radę! My nie damy? Wyjeżdżam na autostradę, gaz na maxa, na liczniku 160km/h, leje jak z cebra, zimno i mokro, ale w końcu docieram do granicy PL-D. Po może 30min jestem już w domu w Policach ledwo żywy. Gorąca herbata i Polska kolacja przywraca u mnie chęci do dalszej egzystencji. 
Była to może niezbyt ekscytująca podróż, ale chciałem po prostu przejechać się, wyprowadzić motor na dłuższy spacer, którego nie zasiadywałem od roku. Odwiedzić ludzi po drodze, zobaczyć kilka ciekawych miejsc, pomoknąć i pomarznąć trochę oraz się powku…ć :/ Nie ukierunkowałem się zbytnio na fotografowanie, lecz na samą jazdę. Największą radochę z tego wszystkiego miały chyba dzieci, których trochę się namnożyło. Tak, tak wujkiem to już jestem zaawansowanym. A w Europie ponoć deficyt z nimi…